Matka programistka #4 Prokrastynacja i wskazówki, jak z nią wygrać.

Obiecałam sobie, że w miarę na bieżąco będę ci opowiadać, co słychać u rodowitej Matki Polki – zabieganej karierowiczki. To znaczy trochę częściej niż raz do roku. Nawet wtedy, kiedy nie mam tobie absolutnie nic odkrywczego do powiedzenia. Choć akurat tym razem chyba sprzedam ci kilka życiowo przydatnych tipów.

Co u mnie słychać?

Nadal pracuję.

W tej samej firmie na tym samym stanowisku. Może niektórych ciekawi fakt, że w sumie nic tu nie piszę o swojej pracy. Nie wiem, na ile mogę oraz na ile chcę sobie pozwolić w tym temacie. Także siedzę cicho.

Nadal nie pracuję z dzieckiem.

Mam tu na myśli, że nie rozwijam się (w szerokim tego słowa znaczeniu) w obecności dziecka. Czas z dzieckiem jest wolny od front-endu. Włóczymy się po placach zabaw. Robimy węże z plasteliny. Taki standard. Sprzątam, gotuję. Jak najwięcej obowiązków domowych robię z dzieckiem. Taka jestem Montessori (choć tak naprawdę jestem po prostu wygodna). Zbieram patenty na jednogarnkowe szybkie obiady (piszcie w komentarzach!). Staram się w ciągu dnia jak najmniej stresować, nie przemęczać się (wiem, śmiesznie to brzmi, każda matka mnie wyśmieje, ale cóż – staram się), żeby tylko wieczorem mieć siłę na drugie życie.

Nadal mam wątpliwości. 

W szczególności jak walczymy z różnymi infekcjami. Inhalacje, czyszczenie noska, nawilżanie noska. Probiotyki. Powietrze nawilżone oczyszczone. Syrop z cebuli, miód, olej z czarnuszki, sok z czarnego bzu, rosół ze szczęśliwych za życia kurek. I ciągle kaszle. A jakbym była w domu… Jakbym nie pracowała… Jakbym… Mózg nigdy nie śpi. Cały czas mieli, analizuje i wypluwa wątpliwości. 

Rebranding. 

Jakiś czas temu zrobiłam sobie listę różnych rzeczy, które chciałabym poprawić na Ach te internety. Przyznaję, tak szczerze, ze wstydem – ja nigdy jakoś specjalnie nie interesowałam się tym blogiem pod kątem funkcjonalno – technicznym. Miał działać i publikować treści. Tyle w temacie. Chcę to zmienić. Więc za kurtyną sobie powoli działam.

Zamykam jeden projekt i otwieram drugi.

I mam tu na myśli projekty totalnie nietechnologiczne. Nie powiem ci więcej, bo po prostu nie chcę krakać. Tak bardzo mnie ciarki przechodzą, kiedy o tym wszystkim myślę. Eksploduję z ekscytacji. Czekam, aż to minie. A wtedy po prostu na chłodno zabiorę się do pracy.

Netflix jest Totalnym Złem. 

Żeby nie było, że cię nie ostrzegałam. Jeśli chcesz być super produktywną matką rozwijającą wiedzę i umiejętności na poziomie wyższym niż lepienie kulek z piasku kinetycznego – nie kupuj netflixa! Bezwstydnie przychodzi do mnie każdego wieczoru i się łasi! Garfield jeden. Wiecie, że z mężem w ogóle go nie chcieliśmy pod swoim dachem? Kupiliśmy go na święta rodzicom. Bo narzekali, że nie mają co w telewizji oglądać. My nawet telewizora nie mieliśmy! Ale Netflix na 1 odbiornik.. no nie opłaca się. Dalej sami się domyślcie. Tak, już mamy telewizor.

Prokrastynacja.

Ostatnio w ramach ćwiczeń mindfulnessowych zaczęłam zauważać tryliard momentów, kiedy po prostu odkładałam obowiązki na trochę później. Źle mi z tą całą prokrastynacją, więc od czasu do czasu dla zasady z nią walczę. Jak?

Telefon.

Nie powiem nic odkrywczego, kiedy przyznam się, że to telefon często jest powodem moich różnych zaniedbań. Nie jestem od niego uzależniona. Co to to nie. Po prostu – często łapałam się wieczorami na tym, że zamiast pracować – po prostu scrollowałam np. instagrama.
Uporałam się z tym w jeden prosty sposób.
Usunęłam ikonki newralgicznych aplikacji z ekranu głównego.
Ich włączenie poprzez wyszukanie na liście wszystkich aplikacji zajmuje mi jakąś sekundę dłużej. A to definitywnie wystarczyło, aby ograniczyć ilość niespodziewanych włączeń tych złych aplikacji o jakieś 80%. Jeśli ty akurat potrzebujesz silniejszych barier – włącz tryb samolotowy.

Pierwszy krok.

Oby tylko zacząć. Pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy. I tu działa na mnie metoda kija i marchewki. Ok, kij na mnie nie działa. Tylko marchewka. Mówię sobie “oglądnę nowy odcinek Riverdale zaraz po tym, jak uporam się z tym i tym”. Później bardzo często zatracam się w pracy, zapominając o całym świecie. I nagle okazuje się, że brakuje mi czasu na serial. Ale praca poszła do przodu.

Metoda małych kroków. 

Dzielę moje duże pomysły na małe zadania. Planuję optymistycznie, aczkolwiek realnie. Każdy wieczór to inne zadanie, które fizycznie jestem w stanie wykonać przy sprzyjających warunkach otoczenia. Staram się każdego wieczoru być choć pół kroku bliżej jakiegoś celu. No właśnie – celu.

Cel.

Skoro już mówimy o celach… Wpadła mi przed oczy genialna książka – Jedna rzecz autorstwa Keller Gary. W skrócie, książka pomaga znaleźć tytułową jedną rzecz, czyli projekt, którego realizacja znacząco pomoże w realizacji innych projektów (bądź też uczyni je bezwartościowymi, całkowicie wyeliminuje je z naszej listy zadań). Możemy to sobie wyobrazić na przykładzie domina. Popychamy jedną kostkę, a ona burzy całą konstrukcję. I właśnie Jedna rzecz to książka, która chce nam pomóc zidentyfikować ową pierwszą kostkę. Tyle teorii. Jeszcze nie czytałam książki. Planuję ją ogarnąć w marcu.

Dziennik.

Jeszcze jedna uwaga w temacie planowania. W moim planerze zapisuję nie tylko plany, ale również (choć może przede wszystkim) osiągnięcia. Wieczorem staram się robić podsumowanie, podczas którego wypisuję nawet tak prymitywne sukcesy jak podlanie kwiatów. (Serio – dla mnie to sukces.) Wypisuję hasła, nie prowadzę pamiętnika. Nie wiem, jak działa ta magia, ale powiem tyle – po prostu działa. W każdym tygodniu, w którym sumiennie spisuję swoje osiągnięcia – moja produktywność, motywacja do pracy podskakują hen do góry.


To na tyle z ciekawostek pod tytułem “co tam słychać o matki programistki”. A co tam u was słychać? Niekoniecznie matek? Niekoniecznie programistek? Niekoniecznie kobiet?

Artykuły, które mogą Ci się spodobać...

Wpisz hasło, którego szukasz i naciśnij ENTER, aby je wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Dawaj na górę